Rabbi gdzie mieszkasz, rozdziały 8,9 i 10 książki Williama Williamsona

Rozdział 8
„Kto chce pełnić wolę Jego, ten pozna, czy ta nauka jest z Boga, czy sam od siebie mówie” Jan 7:17

Wkrótce awansowałem do warsztatów G.T.R. w Strarford w Ontario. Gdy już należycie osiedliśmy, pierwszym naszym zadaniem było znalezienie jakiegoś „miejsca.” To było długie poszukiwanie?? (old quest??), lecz nowym mieście, jak powiada wenezuelskie przysłowie, „La ultima cosa que se pierde es la esperanza” (ostatnia umiera nadzieja), postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. Któregoś wieczora poszedłem do misji, które miała z zewnątrz bardzo ładny wyglad i gdzie zobaczyłem kilku mężczyzn wyglądających na obcokrajowców. Miejsca było mało, wewnątrz panował porządek dopóki nie weszło dwóch dobrze wyglądajacych mężczyzn i starannie ubrana kobieta. Zaczęli mówić, po czym wielki łysy obcokrajowiec z broda padł na kolana i zaczął mówić „na językach.” Prawda spadła na mnie gwałtownie. Siedziałem zakłopotany zastanwiając się czy przejść nad leżącymi ciałami, czy poczekać. Ucieszyłem się, gdy nastała chwila ciszy w ich gorączce i zwróciłem się w stronę drzwi z mocnym postanowieniem, że już to nigdy nie wrócę.
Upłynął jakiś czas, gdy w którąś sobote przechodziłem przez plac i spojrzałem nad sklepem rzeźnika, gdzie zauważyłem słowa napisane na oknie: „Chrystus umarł za bezbożnych.” „Wygląda nieźle” pomylałem i wszedłem do wejścia obok wystawy, gdzie talica informacyjna mówiła, że byli „chrześcijanami, gromadzącymi się w imieniu Pana Jezusa.” Tej „sekty” nie znałem, lecz zdecydwałem odwiedzić ich w niedzielę wieczór o wskazanej godzinie. Żona była w tym czasie w Toronto, więc poszedłem sam.
Miejsce było ogrzewane małą kuchenką, a obecnych było około osiemnastu osób (To zgromadzenie znacznie wzrosło od tamtego czasu i obecnie mają swoją własną kaplicę), lecz charakterystyczne było to, że niemal wszyscy byli starszymi, szpakowatymi ludźmi, kilku mężczyzn miało siwe brody. Zająłem miejsce z tyłu. Nabożeństwo było samo w sobie proste, bez organów, bez chóru, bez formalizmu, a Słowo było raczej wyjaśniane, niż głoszone. Spotkanie skończyło się i ubierałem swój ciężki płaszcza, jako że była zima, gdy przyjaźnie wyglądający mężczyzna z lekką bródką i siwiejącymi włosami powiedział: „Dobry wieczór, Jesteś tu, obcy?” Powiedziałem mu, że dopiero przyjechałem do miasta. „Masz tu jakieś zajęcie” pytał dalej uprzejmie. Powiedziałem, że jestem zatrudniony w warsztatach G.T.R.
„O – powiedział – to jesteśmy tej samej profesji. Ja jestem brygadzistą w warsztatach takiej to a takiej firmy. Będzie nam bardzo miło widzieć cię tutaj ponownie.” „Dziękuję – powiedziałe ja – dobranoc.”

Taka była moja pierwsza rozmowa z kochanym Dawidem Bridgeford, jednym z tych ludzi, których drogi Bóg skrzyżował z moimi, którzy w więcej zrobili, aby rozgrzać moje biedne serce, niż cokolwiek czego doświadczyłem przez długi czas. „No, wreszcie tutaj interesują się obcymi – dumałem sobie – Kim oni mogą być? Bez organ, bez chóru, bez śpiewu solowego, brzmi jak prostota. Ale dlaczego sami starzy ludzie? ” Taki myśli przechodziły mi przez głowę i zdecydowałem się wrócić do nich, co zrobiłem. Później, gdy moja żona wróciła z Toronoto, towrzyszyła mi i zostaliśmy przedstawieni następne kochanej osobowości, drogiej pani Margaret Bridgeford. Była dla mojej żony tym, żym pan Bridgeford był dla mnie.
Pytali gdzie mieszkamy i obiecali odwiedzić nas w poniedziałek wieczorem. Rzeczywiście przyszli i odbyliśmy bardzo serdeczną rozmowę. Lecz pomalutku ta prawda docierała do nas, że ci ludzie, którzy mówili, że „zbierają się w imieniu Pana Jezusa” byli nikim innym, jak tylko owymi strasznymi „Plymudzkimi Braćmi.” Ponownie nasze nadzieje zostały zdmuchnięte. Lecz ta para miała w sobie takie ciepło, że trudno było uwierzyć, że oni mogą być tak źli jak pozostali „Bracia.”
Pan Bridgeford zaprosił nas do swego domu na wspólne czytanie Biblii. Powiedzieliśmy mu, że to jest bezużyteczne, ponieważ oni wierzą w chrzest i wieczerzę Pańską i niewłaściwie dzielą Słowo prawdy; że tylko zepsuli byśmy ich społecznośc swym udziałem. Jednak p. Bridgeford nalegał i w końucu ulegliśmy mówiąc, że jeśli będziemy studiować Księge Rodzaju to będziemy z pewnością się zgadzać.
Nadszedł wtorek i znaleźliśmy się u Bridgefordów w oznaczonym czasie. Spędziliśmy bardzo udany czas studiów Słowa i okazało się, że nie byli w tym nowicjuszami. Wtorki przychodziły i mijały i zaczęliśmy wyglądać naszych wieczorów z Brdgefordami, jako najlepszych w tygodniu. Coraz bardziej byliśmy nimi zainteresowani, a oni nami i starałem się tak organizować sobie pracę, aby mieć zawsze wtorek wolny.
Któregoś wieczora o 7,30 jak zwykle, gdy weszliśmy do pokoju, zauważyłem przymałego mężczyznę o kwadratowych ramonach z wielką czarną brodą okazującą już widoczne znaki siwizny, siedzącego na fotelu.
„Panie Smith, Pan Williams. Pan i Pani Williams są naszymi dobrymi przyjaciółmi” powiedział uprzejmie. Moja żona poszła z panią Bridgeford do kuchni, a pozostałem sam z panem Smith’em.
Usiłowałem ocenić tego człowieka, lecz nie dał mi wiele czasu, na wnioski.
„Dobra, jesteś zbawiony?” – to było jego pierwsze pytanie, skierowne do mnie ukośnie z rogu, gdzie siedział do miejsca, gdzie stałem, z takiej odległości na jaką tylko pozwalał pokój. Powiedziałem mu, że zostałem zbawiony i jak to się stało -kiedy i gdzie – co wydawało się satysfakcjonować go. „Czy zostałeś ochrzczony? ” było następnym niefortunnym pytaniem. Powiedziałem, że nie.
„Dlaczego tak?” spytał.
Przysunąłem się i wyłożyłem całą teorię „okresu przejściwego” mówiąc, że chrzest był „????ordinance”” nie obowiązującym w Kościele.
O – powiedział zaskoczony – przypuszczam, że nie wierzysz również w Wiczerzą Pańską?
„Nie konieczną w tym okresie” powiedziałem mu.
To rozpoczęło gorącą dyskusję, w której pan Smich stracił cierpliwość na moje zimne gotowe uwagi. Nie byłem nowy w takich dyskusjach i być może sprowokowałem sługe Pańskiego swymi dziwnymi teoriami, których on nie mógł zrozumieć.
Wstał z miejsca, gdzie siedział i podszedł tam, gdzie ja siedziałem. Pokazał całe swoje wzburzenie, jakie w nim wezbarło, gdy swą zaciśniętą pieścią próbował wtłuc „prawdę” we mnie. W jego argumentacji było dla mnie coś nowego, choć byłem zbyt dumny, aby to przyznać. Powiedziałem mu: „W porządku p. Smich 2 Tym 2,24 mówi: ” A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwnośc,” a pan tego ducha nie okazuje mi.
„To prawda – powiedział i wrócił na swoje krzesło. To sprawiło zmniejszenie tonu jego głosu i zobaczyłem człowieka pragnącego uniżyć się przed Słowem Bożym. Moja żona i Bridgefordwa słuchały tej walki. Weszły i zasugerowały, abyśmy rozpoczęli czytanie. Wtedy wszedł stary weteran zwany panem Freser. Wyjęliśmy Biblie, gdzie przeszliśmy do szóstego rozdziału Księgi Stworzenia. Byłem za to bardzo wdzięczny i pomyślałem: „Oni nie mogą wydobyć chrztu z 6 rozdziału K.Stworzenia.” Lecz wkrótce przekonałem się, że tak nie jest. Okazało się, że ten rozdział jest typem śmierci, pogrzebu i zmartwychwstania Chrystusa, na co wierzący człowiek miał odpowiedzieć chrztem. Tak więc ten rozdział odpowiadał 6 rodziałowi z Listu do Rzymian, co wyjaśnił p. Smich, a p. Fraser w pełni się z nim zgodził.

Ta sprawa śmierci wierzącego, jego pogrzebu i zmartwychwstania w Chrystusie, z chrzem jako wnioskiem z tego, był argumentem, którego wcześniej nie spotkałem. Bridgefordowie nie byli zbytnio zadowoleni z obrotu sprawy i było wielkim uwolnieniem zakończenie czytania. Pani Bridgeford w bardzo uprzejmy sposób poczęstowała nas filiżanką cherbaty, który to napój często pomaga wyczyścić urazy. Przeszliśmy do jadalni, usiedliśmy przy stole. Smich zaczał mówić o Aberdeen i gdy powiedziałem mu że zostałem zbawiony w stoczni Hall’a, powiedział, że został zbawiony w tej samej stoczni jako asystent cieśli. Wtedy odkrył, że zostałem zbawiony przez Słowo z Listu do Rzymian 5,6 i powiedział mi, że to słowo „Chrystus umarł za bezbożnych” wprowadziło pokój do jego duszy. Odkryłem, że jeśli chodzi o obstawanie przy prawdzie, to był lwem, lecz w prywatnej rozmowie był barankiem.
Zanim wyszedł powiedział „Zaśpiewajmy „Ten, który jest ponad wszystkimi.” Gdy śpiewał, miałem czas na przypatrzenie się mu i doszedłem do wniosku, że był szczerym człowiekiem. Gdy wstaliśmy, aby wyjść, położył rękę na moim raminiu mówiąc „Ej, chłopcze, musisz się jeszcze wiele nauczyć.”
Nie sądziłem, że byłem „chopczykiem” czy też miałem braki w wiedzy biblijnej, lecz ten dobry dotyk, jego krzaczaste brwi i broda, dobra twarz pokazały mi, że był człowiekiem szczerymi i pełnego przekonania. Bridgefordowi pożegnali nas, sądząc, że nigdy tu nie wrócimy. To była nieciekawa noc, deszcz mieszał się ze śniegiem, ulice były pełne błota. Stary p. Frase wyszedł z nami i wziąłwszy mnie pod ramię, przeszedl całą drogę do domu z nami.
Jego dobroć urzekła mnie. Zapytałem żony, co sądzi o zdarzeniach wieczoru. Była oczywiście łagodna i wstrzemięźliwa, lecz bardzo lubiła Bridgefodów, lecz zaskoczyła mnie mówiąc, że była tak zła, że nie mogła mówić. Mieliśmy długą rozmowę wtedy. Po wszystkim powiedziałem, że ten człowiek jest całkowicie szczery, że mówili, że chrzest był całkowicie jasno nauczany w Dziejach Apostolskich, że nie było absolutnie żadnych gwarancji w twierdzeniu, e Kościół nie istniał, zanim Paweł miał swoje objawienia, ponieważ sam prześladował go, zanim został zbawiony, a twierdzenie, że Kościół był w stanie ruiny nie było prawdziwe, ponieważ ciągle ciągle istniało
Świadectwo w Piśmie. „To wszystko – powiedziałem – zmusiło mnie to do głębokiego myślenia i jak myśleliśmy, że znamy prawdę, to baliśmy się zbadać ponownie Księgę, aby zobaczyć, czy tak się rzeczy mają.”
Noc nie mogła minąć szybciej, ponieważ zdecydowałem się zbadać Dzieje Apostolski ponownie i zobaczyć samemu, odkładając na bok wszelkie uprzedzenia. W środę po kolacji, powszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi i podłem na kolana z otwartą Bibliją przed sobą. Nikt nie musiał mi mówić, aby tak zrobić. Nie znałem nikogo innego, kto by tak robił, lecz tej nocy czułem, że muszę uniżyć się przed Bogiem i Jego Słowem i bez względu na koszty „nabyć prawdę.” Mijała noc za nocą i zauważyłem: „A ci, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni.” (Dz. 2,41). Kiedy jednak uwierzyli Filipowi, który zwiastował dobrą nowinę o Królestwie Bożym i o imieniu Jezusa Chrystusa, dawali się ochrzcić, zarówno mężczyźni, jak i niewiasty (Dz. 8:12). „I kazał zatrzymać wóz, zeszli obaj, Filip i eunuch, do wody, i ochrzcił go. (Dz. 8:38). ” I rozkazał ich ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa.” (Dz. 10:48). „And when she was baptized and her household” (Acts 16:15). „i zaraz został ochrzczony on i wszyscy jego domownicy.” (Dz. 16:33). ‚” także wielu z Koryntian, którzy słuchali, uwierzyło i przyjmowało chrzest” (Dz. 18:8).
Ci chrześcijanie mieli rację, jeśli mieliśmy naśladować apostolski wzorzec, to bez wiątpliwości te siedem wersów Słowa wykazywały, że oni wykonywali nakaz Pański przekazany w Mat 28,19. Dlaczego nie widzieliśmy tego wcześniej, było dla nas prawdziwym zaskoczeniem. Było to takie wyraźne i proste. Zdecydowaliśmy się oboja na chrzest. Lecz te biblijne studia zrobiły dla nas znacznie więcej niż przekonanie nas o chrzecie. Zaczęliśmy widzieć, że jeśli mamy być ochrzczeni, to oznacza to naszą „śmierć, pogrzeb i zmartwychwstanie” w Chrystusie, a On oczekiwał od nas, abyśmy „chodzili w nowości życia” (Rzym 6,4). To, co rzeczywiści Chrystu dla nas uczynił przez śmierć, pogrzeb i zmartwychwstanie, to było wniesienie do naszego wnętrza mocy dla naszych dusz. Zobaczyliśmy, że zostaliśmy wykupieni za pewną cenę, i że mieliśmy przywilej oddawani Bogu chwały w naszych ciałach. Poznanie tej prawdy sprawiło w naszych sercach pragenieni służenia Panu i odejście ambicji, ponieważ miałem osobiśtą ambicję zostania mistrzem w środkowym oddziale G.T.R. Studiowałemi i ciężko pracowałem na to.
Teraz rozpoczęły się tygodnie i miesiące głębokiego rozważania tego, co zrobić. Z jednej strony praca w G.T.R. Mistrz, p. P___ był dla mnie bardzo dobry, miałem całkiem dobre prespektywy sukcesu – cóż więc? Z drugiej strony moje sumienie było niepokojone pewnymi sprawami, które miały miejsce w pracy, które moim zdaniem nie były czystym i uczciwym sposobem załatwiane. Jeśli mieliśmy zostać ochrzczeni, musiałem opuścić G.T.R. i zdobyć inną pracę. Któregoś dnia powiedziałem p. P____, że zamierzam odejść i daję mu miesiąc czasu na znalezienie kogoś na moje miejsce. Zaśmiał się i powiedział „Williams, masz zbyt cienką skórę. Po prostu, gdy widzisz coś, co nie idzie całkiem prosto, przymknij jedno oko i przepuść.” Był bardzo dobry, powiedział, że wkrótce awansuję itd. Przekonywał mnie, abym jeszcze raz próbował, lecz, skoro postanowiliśmy nie chrzcić się, dopóki nie będziemy mogli „chodzić w nowości życia”, nie miałem pokoju.
Bridgefordowie i wszyscy Pańscy ludzie, którzy nas znali cieszyli się zmianom jakie zaszły i wspólnie przeżyliśmy wiele szczęśliwych dni. Ostatecznie, zdecydowałem wrócić do warsztatu i pracować jako monter. Pracę znalazłem w Fairbanks Morse Co. w Toronto, lecz bardzo bolesnym przeżyciem było opuszczenie G.T.R. i cofnięcie się, zamiast pójścia do przodu. Pan P___ powiedział mi, że jeśli kiedykolwiek będę potrzebował pracy, to mam przyjść do niego i on mi coś znadzie. Zostawiłem moją żonę w Strarford i wyjechałem do Toronto, aby zobaczyć jaka będzie nowa praca. Musiałem zamieszkać w hotelu robotniczym, co było, dla człowieka majacego żoną i wygodny dom, pewnym sposobem na rozchorowanie się z tęsknoty. W Fairbanks szefowie i większość ludzi byli Amerykanami, którzy byli zupełnie różni od kanadyjaczyków, do których byłem przyzwyczajony. Co więcej, pracowałem teraz w warsztacie i diabeł szeptał mi, że byłem głupcem tracąc życiowe prespektywy, aby zostać ochrzczonym.
Trzy straszliwe tygodnie spędziłem na walce między ambicjami a postłuszeństwem. Jednego dnia powiedziałem dyrektorowi, że opuszczam warsztat. Zapytał mnie, dlaczego chcę odejść, a ja odpowiedziałem, że nie zadowala mnie uposażenie. Zapytał mnie ile chciałbym dostać. „W porządku – powiedział – dostaniesz tyle.” Na to odpowiedziałem mu, że nie odpowiada mi praca, jako że byłem do tej pory przyzwyczajony do pracy na okrętach. „Dobra – powiedział – przeniesiemy cię na silniki okrętowe.” Nie dało się go zniechęcić, więc zgodziłem się, że jeszcze raz spróbuję i wysłałem po panią Williams.
Wszystko to było Pańską dobrocią i nie ????? and not any grace on my part,??? jak to wiem dzisiaj, ponieważ gdybym wrócił do Stratford, nigdy nie pojechalibyśmy do Wenezueli. Pamiętam, gdy kilka lat temu byliśmy w Stratford na urlopie. Mieliśmy wtedy spotkanie misjonarskie i po tym spotkaniu zabrał nas samochodem mistrz G.T.R do Bridgefordów. Znałem go wcześnej, gdy był jeszcze na innym stanowisku, opowiadałem mu więc w jaki sposób pracowałem, aby stać się mistrzem w Middle Division, lecz że Pan uzdolnił mnie do tego, aby opuścić lokomotywy i wyjechać do Wenezueli. „Szczęśliwy człowiek, szczęśliwy człowiek” powiedział wzdychając ze smutkiem na twarzy. Był bratem w społeczności, lecz widziałem, że „chodzenie w nowości życia” nie jest łatwym zajęciem na stanowisku mistrza mechanika.

Chapter 9
„Nabywaj prawdę i nie sprzedawaj jej”— Przyp. 23:23
Jako że nie byliśmy ochrzczeni nie spowodowaliśmy żadnego potępienia ludziom Pańskim w Toronto, lecz zlokalizowaliśmy Zgromadzenia (Assemblies) niedaleko miejsca, gdzie mieszkaliśmy na Lansdown Avenue. Poszukiwanie Junction Hall okazało się daremne, ponieważ nawet policjant nie mógł nam powiedzieć, gdzie chrześcijanie, „którzy nie mają żadnej nazwy” spotykają się. Owszem, znał kościoły, misje, lecz nawet jego przewodnik nie mógł to nic pomóc w skierowaniu nas na „bezimienne
miejsce.” Nie mogąc zanleźć Junction Hall, spróbowaliśmy na Brock Avenue, a tam znaleźliśmy prosto wyglądającą halę, z tablicą informacyjną na froncie budynku, gdzie znajdował się ten sam napis, który wiedzieliśmy w Strarford: „Chrześciajanie zgromadzeniu w Imieniu Pana Jezusa Chrystusa,” po czym następował porządek zgromadzeń. Zaczęliśmy uczestniczyć w tych zgromadzeniach, lecz z powodu większej ilości ludzi przychodzących tutaj niż w Starford, zdawało się, że brak im trochę ciepła. Chodziliśmy tam przez wiele miesięcy na wszystkie spotkania z wyjątkiem porannego Dnia Pańskiego, niewielu, jeśli w ogóle ktokolwiek, zainteresował się nami. Niemniej cieszył nas porządek i prostota spotkań. Niewiele odzywaliśmy się do innych, jako że odczuwaliśmy pewien rodzaj rezerwy i strachu przed „Braćmi.”
Pierwszym, który okazał nam nieco zainteresowania i chciał wiedzieć czego chcemy był Irlandczyk W.Stevenson. Mijały miesiące, a my dziwiliśmy się dlaczego ci chrześcijanie z Brock Avenue są tacy sztywni i zimini w porównaniu do chrześcijan ze Straford. Czy było to właściwe, że staraliśmy się z nimi indentyfikować? Jednakże namiot ewangelizacyjny został postawiony na Carlton Street, gdzie usłyszeliśmy Mr. Roberta Mcclintock głoszącego ewangelię. Braliśmy udział w tych spotkaniach tak często, jak tylko mogliśmy i odkryliśmy, że p. McClintock jest przyjacielski lecz formalny jak i reszta. Któregoś wieczora opuszczając namiot zadał mi kilka pytań, a zakończył pytaniem o mój punkt widzenia na wieczne potępienie. „Z pewnością, wierzę w wieczne potępienie” – odpowiedziałem – „jak przekonuje mnie jeden tekst jasno, jeśli wierzę w wieczną chwałę, w co oczywiście wierzę, muszę, aby być konsekwentnym, wierzę w wieczne potępienie” i zacytowałem mu Mat 25,46. „Czy rzeczywiście w to wierzysz?” – naciskał. Upewniłem go w tym, na co powiedział, że bardzo się z tego cieszy. Od tej chwili, zauważyliśmy widoczną zmianę w nastawieniu ludzi do nas.
Wyjaśnienie tego jest napstępujące: kowal, który znał mnie z G.T.R w Toronto, powiedział im, że jestem Bllingeritą, człowiekiem niebezpiecznym, i że nie wierzę w wieczne potępienie. Wierzę, że mieli rację, praktykując boską troskę??? (exercising godly care??), lecz to wymaga zbadania sprawy, a nie tylko podejrzyliwości. To, że byłem kiedyś Bullingerowcem było prawdą, lecz to, że odrzucałem wieczne potępienie nie. Zawsze wierzyłem w wieczne potępienie. Gdyby więc zadali mi kilka szczerych pytań, odpowiedział bym im równie szczerze (ponieważ nigdy nie wstydziłem się tego, w co wierzę), jak to zrobił Mr. Mcclintock.
Podaję te szczegóły tylko po to, aby pomóc braciom uchwycić się tego, co ktoś inny określił znakomicie: „Twardość bez surowości; czujność bez podejrzyliwości; przyjaźń bez poufałości.” Gdyby nie dobrotliwość Pańska, widoczny brak zainteresowania ze strony chrześcijan z Brock Avenu spowodował bynasze odejście.
Jednak teraz wszystko się zmieniło, byliśmy zapraszani do domów stale i wciąż. Dużo czasu upłynęło zanim dowiedzieliśmy się jak wile złego wrażenia stworzył ów kowal na nasz temat w swej nadgorliwości. Teraz starsi zapytali nas czy chcemy być ochrzczeni i przyjęci do społeczności. Zapewniliśmy ich o tym, że właśnie na to czekaliśmy. Wkrótce dwaj starsi bracie przyszli i pytali
nas o nasze nawrócenie i itp. Byli zadowoleni i powiedzieli nam, że będzie chrzest w Broadview Hall, i że oni wszystko dla nas przygotują. Wszystko działo się szybko; lecz ten wtorek w listopadzie 1907 roku był dla mnie naznaczony straszną walką. Nigdy nie widziałem chrztu. Ten krok miał być podmuchem śmierci dla moich ambicji – teraz miała to już być służba Pańska. Przede wszystkim, czy byłem już gotów? Takie niepokoje i wątpliwości dręczyły nie przez cały dzień. Lecz gdy nadszedł wieczór wraz z żoną pojechaliśmy samochodem do Broadview Hall. Po ktrótkim nabożeństwie powiedziano nam abyśmy przeszli do suteryny i przygotowali się do chrztu. Było jeszcze około 15 osób. Jeden, jak zauważyłem, miał błyszczący złoty pierścien na palcu i zastanawiałem się, w jaki sposób zamierza on „chodzić w nowości życia” z tym na ręce. (Biedak, nigdy nie chodził). Siostry chrzczono w pierwszej kolejności. Kolejno wzywano braci po czym padło moje nazwisko. Byłem zdziwiony widząc salę pełną ludzi i brata w płaszczu i gumowych butach stojącego w wielkim zbiorniku z wodą, który został otwarty, gdy przechodziliśmy obok.
Wszedłem do wody bez zbytniego formalizmu. Powiedział: „Drogi braice, chrzczęc cie…” itd., i w dół – chlap! Sądziłem, że skoro chrzest symbolizuje pogrzeb, to brat, który chrzci zrobi to tak, aby przypominało to pogrzeb. Podobnie jak w czasie pogrzebu, gdy z czcia i szacunkiem składamy cialo do brobu, w czasie chrztu powinniśmy unikać rzucania przyjmującego do wody z pośpiechem. „Niech wszystko odbywa się godnie i w porządku” – to końcowa fromuła. Chrześcijanie w sali zaczęli ruch „O szczęśliwy dzień, w którym wybrałem ciebie, mój Zbawicielu, mój Boże. Wspaniale! Czy oni wiedzieli, że kochałem tą pieśń? Wszelkie wątpliwości odeszły, a wypełnił moją duszę słodki pokój. Ten prosty akt posłuszeństwa zdawał się dl amnie początkiem dni. Moja droga żona wyraziła taką samą myśl. Dziękczynienie Bożego ludu sprawiło, że naprawdę czuliśmy się wprowdzeni na właściwe miejsce. Jak już wspomniałem, nigdy nie braliśmy udziału w porannych nabożeństwach Wieczerzy Pańskiej. Ta sprawa była dla nas przez wiele lat źródłem niepewności. Gdy miałem osiemnaście lat moi rodzice chcieli, aby zaczął uczestoniczyć w „kościele.” Wiedziałem o tym, że „uczestnictwo w kościele” oznacza stanie się członkiem i branie „sakramentów.” Przeczytałem w Biblii, że niegodne jedzenie i picie wieczerzy jest potępieniem samego siebie. Było to niemal w tym czasie, gdy zostałem zbawiony i sądziłem, że lepiej będzie poczekać. W Misji Gordona obchodzili „komunię” słowo znacznie łatwiej zrozumiałe niż sakrament. Lecz znów wyczytałem wystarczająco dobrze w Księdze, że jeśli Wieczerza Pańska miała być obchodzona, to należało to robić zgodnie z poleceniem Pana; znów powstrzymałem się. Później w okresie dryfowania w Bullingeryzmie straciłem wszelkie pragnienie brania udziału w tym uroczystym obrządku. W Brock Avenue Hall zostaliśmy posadzeni na końcowych miejscach i dano nam „Śpiewnik wierzącego.” Zauważyłem znaczną zmianę w układzie krzeseł. Było tam być może 120 krzeseł umieszczonych wokół stołu, na którym znajdował się bochenek chleba i dwa duże puchary z winem, po czym wolna przestrzeń i uporządkowanych tradycyjnie w rzędy wiele następnych krzeseł, gdzie było miejsce dla dzieci i niektórych kobiet i mężczyzn. W tym miejscu panowała cisza odpowiednia do uroczystości okazji. W odpowiedniej godzinie, brat podawał właściwą pieśń,
po czym jeden po drugim prowadzili wytężone uwielbianie i dziękczynienie. Wszystko to było dla nas nowe. „Tam jestem pośrodku nich” – taka było obietnica i z pewnością, ta cenna „obecność” była rzeczywistością tego poranka. Płakaliśmy, gdy święte życie Pana było odtwarzane od kołyski do krzyża w dziękczynieniu tych braci. Nasze serca wołały: „To jest miejsce, którego szukaliśmy tak długo.” Chleb został złamany i podawany wokół, podobnie i wino; przyjmowali tylko ci przy stole. Odezwała się następna pieśń, przeczytano fragment Pisma i zakończono nabożeństwo modlitwą. Wtedy po raz pierwszy widzieliśmy śmierć Pańską wspominaną zgodnie z wyznaczonym przez Niego sposobem, bez pełniącego obowiązki duchownego. Wszyscy siedzieli wokół stołu jako jedno w Chrystusie. Nikt nie kierował porządkiem prócz Ducha Świętego. Nie było komplikacji, zamieszania i oboje zatraciliśmy się w zadumie i adoracji. Ludzie mogą krytykować i mówić, lecz wspomnienie chrztu i śmierci Pańskiej, prowadzą nas ku Bogu, Jego Słowu i Jego ludowi; do naszej pierwszej miłości; do „chodzenia w nowości życia.” Nikt nie może wzywać imienia Pańskiego inaczej jak tylo w Duchu. My, wierzymy, że Wieczerza Pańska i bycię między tymi, którzy spotykają się w Jego Imieniu, była prawdziwym dziełem Ducha Bożego.
Gdy wyjechaliśmy do Valencji 45 lat temu, były tam małe uliczne pojazdy konne. Któregoś dnia jechaliśmy na stajcę kolejową w takim pojeździe, ponieważ jednak bardzo padało pojazd wykoleił się. Woźnica bił konie i krzyczał starając się bezskutecznie je zmusić do powrotu na tor. Wtedy jakiś pasażer zaproponował, że wysiądzimy wszyscy i wepchniemy pojazd z powrotem na tory. Zrobilśmy tak i pojechaliśmy dalej. Ilustruje to sytuację opisaną wyżej. Gdy zobaczyliśmy chrzest w Słowie Bożym, powinniśmy poddać się panowaniu chrystusa i być posłuszni, lecz wykoleiliśmy się. Było przy tym wiele krzyku i bicia, lecz żadnego rzeczywistego postępu „w tym co w Chrystusie” nie było, aż do chwili, gdy ponownie znaleźliśmy się na torach, przez posłuszeństwo Panu w sprawie chrztu i Wieczerzy Pańskiej. Powinieniem był wspomnieć o tym, że brat, który zakończył nabożeństwo powiedział, że moja żona i ja pragniemy zostać przyjęci do społeczności, i że następnym razem weźmiemy udział w Wieczerzy przy stole, jeśli nie będzie żadnego sprzeciwu. Zajęliśmy więc nasze miejsca i przez 48 lat byliśmy zadowoleni z „miejsca” gdzie Panu upodobało się złożyć swoje Imię i obecność. Nikt nie musiał mi mówić, że teraz „Kościół znajduje się w ruinie,” ani czy też, że tu „nie ma świadectwa ??? collective???” dziś. Mogłem teraz doświadczać drogo nabytych przywilejów Pańskich, zamiast polegać na papierowych argumentach, które nie kosztowały wiele,

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: